Szwajcaria 2009 - Szwajcarska gościnność
Spis artykułów
- Szwajcaria 2009
- Fahren nach Schweiz
- Z czterech na dwa
- Szwajcarska gościnność
- Każdy ma swój Sosnowiec
- muuuuuuu iha iha iha iha pfrfrfr
- MeeeeBeeee.... agroturystyki ciąg dalszy
- Hardcory 2009 czas zacząć
- Grimselpass
- Furkapass
- Pasta gaz, Where buy, How cost
- „AAAA, ALOOO!, HALOOO!, ALOOOOOO!”
- Precz z komerchą!
- I ty zostaniesz czy lider.com
- Byle do Rorschach
- Limit pogodowy wyczerpany
Wstajemy i widzimy gdzie rozbiliśmy nasze namioty. Pomimo, że wydawało mi się, że jesteśmy gdzieś głęboko w lesie, rano okazuje się, że nasze namioty są na rozstaju dwóch polnych dróg. Pogoda bez zmian. Postanawiamy, że zbieramy się jak najszybciej i szukamy jakiejś miejscówki na śniadanie. Ta opcja nie odpowiada Ducce, który uważa, że absolutnie nigdy i nigdzie nie należy się śpieszyć, co w efekcie wydłuża nasz proces zbierania się o 15 minut. Nie wracamy na ścieżkę rowerową, bo w pobliżu naszej miejscówki widzimy ścieżki spacerowe do Schaffhausen. 100 metrów od naszego noclegu widzimy idealną miejscówkę. Duża łąka z przystrzyżoną trawą, osłoniętą dookoła drzewami. Wniosek jest jasny - za późno się rozbijamy.
Jedziemy do Schaffhausen, drogą polną, na której jest sporo kamieni. Na szczęście cały czas z górki. W Schaffhausen jesteśmy około godz. 10. Na rynku jakaś śmieszna fontanna, zaprojektowana chyba przez jakiegoś studenta, bo działa w trybie random. Zostawiamy rowery i rozchodzimy się po mieście. Na mapce w centrum miasta zaznaczone są wszystkie ważne instytucje w mieście wraz z toaletami publicznymi na czele. Postanawiam skorzystać z tegoż dobrodziejstwa, którego tak bardzo brakuje w polskich miastach. Toalety zadbane, siusiu do pisuara za darmo, natomiast za produkty cięższego kalibru trzeba zapłacić.
Czas na pierwsze zakupy. Atakujemy Coop'a. Jest to sieć supermarketów szwajcarskich o bardzo szerokim asortymencie. Trafiliśmy w dobry okres, bo akurat teraz we wszystkich Coop'ach jest przecena -0,5CHF na makarony. Ja z Arnim na śniadanie jemy jogurt z chlebem zagryzany kabanosem. Wodnik wcina swoje zapasy z Polski, Wela i Ducka też tam coś przeżuwają. Na dworcu mamy okazję zobaczyć szwajcarskich meneli. Muszę przyznać, że są znacznie mniej uciążliwi niż polscy. Piją, palą, ale nie śmierdzą. Schaffhausen to już trochę większe miasto i od razu w oczy rzuca się większa mieszanka narodów i więcej potocznie zwanej gównarzerii.
Po dosyć długiej przerwie wyruszamy pooglądać wodospad na Renie. Pomimo, że ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki, teren jest dość pagórkowaty co daje się odczuć w kościach. Nad wodospadem wąskie ścieżki i ogromne ilości turystów. Wszyscy cykają sobie fotki na facebook'a chcąc nie chcąc z naszymi rowerami, które postawiliśmy zaraz obok barierek. My też strzelamy pamiątkową fotkę i zmywamy się stamtąd. Ścieżka nieco odbiła od rzeki. Znów jedziemy przez jakieś pipidówki. Ale to dobrze, bo praktycznie w każdej wiosce są "sikacze" czyli darmowa pitna woda. Na każdym sikaczu wyryty jest rok budowy. Ponoć kiedyś były budowane do pojenia koni. To kolejna rzecz której brakuje mi w Polsce. Jedziemy w stronę Berna. Teren płaski co w połączeniu z niemal idealnym stanem ścieżek rowerowych powoduje, że jazda robi się nieco nudna. Po drodze, przy jednym z sikaczy, spotykamy Szwajcarską rodzinkę, która robi sobie tournee po Szwajcarii. Krótki dialog w stylu:
Oni: Hello, Where are you from?
My: From Poland.
Oni: Ahhh Poland. Where do you sleep?
My: In a tent. We are students. Total lowcost. Pasta everyday.
Oni: (Uśmiech) We were students too.
No i jedziemy dalej. Mimo, że na tym odcinku napinamy dość ostro, wspomniana rodzinka na każdym krótszym postoju nas dogania witając się z nami po raz N. Jest ok. godz. 19. Znów trzeba zacząć myśleć o noclegu. Nie chcemy powtarzać wczorajszej sytuacji, dlatego próbujemy opcję noclegu "na bauera" czyli "na gospodarza". Zaraz obok ścieżki rowerowej widzimy, że ktoś sprząta w ogródku. Jako przedstawicieli naszego stada do spraw noclegów zostali wyznaczeni Wela i Ducka, ze względu na znajomość języka niemieckiego. Tym razem Ducka podbija do gospodarza i z nieco opuszczoną głową i wzrokiem błagającym o litość pyta czy możemy rozbić 2 namioty na jego ogródku. Za chwilę zjawia się żona gospodarza. Po chwili namysłu zgadzają się, a my szczęśliwi jesteśmy bo dzisiaj uda nam się wyspać na równym podłożu i gęstej miękkiej trawie. Rozbijamy namiot, a właściciele już proponują nam piwo. Aż grzech odmówić. Za chwilę już siedzimy wszyscy razem przy stole, pijąc piwko. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym. "ach Poland, Praga". Jak się okazuję Pani Katie bardzo dobrze mówi również po angielsku. Pan Erwin był za czasów studenckich w Warszawie. Podczas rozmowy Ducka zdradził sekret naszej diety "pasta everyday". Pani Katie chwyciła się za głowę i za chwilę na stole pojawił się ser Appenzeller, lokalne kiełbasy, chipsy itd. Mało tego! Możemy korzystać z ich toalety w domu. Właściciele mówią nam, że jutro rano wyjeżdżają do Zurich'u opiekować się wnukami, więc nie będzie ich w domu, dlatego mamy sami sobie zrobić kawę i śniadanie w kuchni. Aż trudno uwierzyć, że mają do nas tyle zaufania.
Punkt godzina 22 jest cisza nocna. Gospodarze idą spać i proszą nas o zachowanie ciszy. Pogoda się nieco psuje, zaczyna padać deszcz i gdzieś tam słychać jak beczki kulają :) Z jednej strony dobrze, bo nasze rozmowy w namiotach są skutecznie tłumione przez deszcz.
| Dystans | Czas jazdy | Prędkość średnia |
| 63km | 3h 34m | 17,7km/h |
Arni rules!
Poniedziałek 11 Styczeń 2010 8:47:12 pm
duckas