Home / Wyprawy / Szwajcaria 2009 / Szwajcaria 2009 - Pasta gaz, Where buy, How cost

Szwajcaria 2009 - Pasta gaz, Where buy, How cost

W namiocie brak kałuży, więc można wnioskować , że w nocy nie padało. Teraz lekko pada, ale bez względu na pogodę jedziemy na zakupy do Coopa. Na zakupach spędzamy więcej czasu niż najbardziej wybredna kobieta w sklepie odzieżowym. Mimo tego, po wyjściu ze sklepu dalej taka sama pogoda Jazda na kolejną przełęcz nie ma sensu. Szukamy jakiegoś przydaszonego miejsca na śniadanie. Ostatecznie jednym słusznym wyborem okazuje się być dworzec kolejowy w Andermatt. Dosyć dużo ludzi jest tutaj. Czekamy, aż zwolni się jakaś ławeczka. Po jakiś 15 minutach już siedzimy i wyciągamy palnik. Dzisiaj szef kuchni poleca ciepłe mleko z muesli. Po śniadaniu obserwujemy co się dzieje dookoła. Dużo czasu wolnego powoduje dziwne zachcianki i głupie pomysły. Wela chce jechać pociągiem do Chur (100km). Ale co z tego, że przyjedziemy do Chur i tam będziemy dalej moknąć. Wela chyba sobie zapomniał, że nie jest w Polsce, gdzie pociąg potrafi dystans 100km pokonywać pół dnia. Na szczęście cena biletu skutecznie sprowadza go na Ziemię. Cena oczywiście jest znośna po ustawieniu przecinka w odpowiednim miejscu. 61CHF!!! Arni w międzyczasie poszedł wysuszyć się co nieco w publicznej toalecie. Suszarka do rąk ma dzisiaj szychtę bez odpoczynków. Za chwilę już każdy chciał suszyć swoje buty. Pani w kiosku obok obserwuje co się dzieje i ma już niezły ubaw. Do kibla chodzimy jak na sraczkę, a za każdym razem z innymi akcesoriami :).
Na stację co chwilę podjeżdża Glacier Express wypełniony burżujami. Z tego co widać pociągami jeżdżą głównie szwajcarscy emeryci i Japończycy. Z jednego pociągu wysiada paczka Hindusów. Zajęli drugą ławkę i próbują nam robić konkurencję. Albo wszystkie oszczędności wydali na pociąg, albo zostali z niego wyrzuceni za brak biletów, bo na jedzenie robili ściepę miedziaków. Kupili sobie jedną porcję frytek, którą wspólnie zjedli w 10 sekund. My już też jesteśmy trochę głodni, więc rozpoczynamy procedurę obiadową. Na widok samego palnika Hindusi mają już niezłą podnietę. Zaraz ktoś się mnie pyta co to jest i zadają jeszcze parę innych wnikliwych pytań typu „Where buy?, How cost?”. Bardzo im się podoba ten wynalazek. Chodzą na około i powtarzają „Pasta gaz, pasta gaz”. Nasz obiad budzi również zainteresowanie wśród innych klientów kolei. Patrzą, przyglądają się. Dopiero propozycja skosztowania skutecznie płoszy gapiów. Po obiedzie odpoczywamy dalej. Nuda, że aż idzie kwadratowe jajo znieść. Hindusi sobie poszli. Znów jesteśmy sami. Podjeżdża kolejny pociąg, wychodzi kilka osób. Na ławeczce siada jedna dziewczyna. Siedzi tam dobre 15 minut i obserwuje. W końcu podchodzi do nas i proponuje nam wypełnienie ankiety o regionie w którym się obecnie znajdujemy. Nam to odpowiada, bo się nie będziemy nudzić, ona zarobi – pełna symbioza. Niestety brak polskiej wersji językowej :) Ducka bierze po niemiecku, ja z Arnim po angielsku. W ankiecie musimy trochę kłamać, bo w pytaniu o miejsce zakwaterowania nic nie pasuje do naszych warunków. Większość pytań to wpisywanie numerka od 1 do 4 w zależności od zadowolenia w danym temacie. Poza tym układamy jakieś zdjęcia w odpowiedniej kolejności, piszemy gdzie byliśmy. Ankieterka pyta się, po co tu siedzimy w ogóle. Odpowiedź „czekamy na pogodę” wydaję jej się być wielką ściemą i od razu daje nam dobrą radę. „Jedźcie pociągiem tam gdzie jest słońce!” Nie wiem czy gdziekolwiek dzisiaj jest słońce – do Afryki chyba nie ma bezpośredniego połączenia. Odpowiadamy, że nas nie stać na to. Wtedy pyta nas skąd jesteśmy. Po naszej odpowiedzi sprawiała wrażenie, że wie gdzie jest Polska. Ankieta już prawie skończona. Jeszcze tylko pytanie o średnią kwotę wydawaną dziennie w Szwajcarii. Wpisujemy 10CHF, co i tak już jest nieco zawyżoną stawką. Wtedy to na twarzy ankieterki zmieszał się wyraz podziwu i współczucia. W tej chwili już chyba wszystko zrozumiała. Koszt jej jednego przejazdu pociągiem to tydzień życia w Szwajcarii dla nas. Ankieterka dziękuje nam za poświęcony czas i dodaje, że zawsze jeszcze dzieli czekoladą, ale dzisiaj zapomniała. Na szczęście pociesza nas informacją, że od jutra ma być słonecznie.
Siedzimy jeszcze z godzinę na przystanku i już nas szlag trafia. Morale spadają do zera. Chwilowo przestało lać. Widok murów dworca w Andermatt powoduje u mnie już odruchy wymiotne, dlatego za wszelką cenę namawiam resztę ekipy na dalszą jazdę. Jedziemy na Oberalppass (2044m). Żadna przyjemność – cały czas pod górę i co chwilę leci z nieba. Ducka wyzywa pomysłodawcę różnymi zwrotami frazeologicznymi o niecenzuralnym podłożu, Wela również w rytm pedałowania wypowiada pewne słowo wywodzące się z łaciny podwórkowej, zaczynające się na „ch”, które ponoć dodaje mu energii. Z powodu deszczu, dzisiaj odkrywamy zaletę jazdy w tunelu.

Na przełęcz dojeżdżamy bez problemu. Tam wbijamy do knajpy, żeby się trochę wysuszyć. Siedzimy tam do znudzenia. Po około godzinie jedziemy dalej w kierunku Chur. Przy wjeździe do pierwszej wioski zauważamy, że przekroczyliśmy kolejną granicę językową. Tym razem zamiast tabliczki pod ograniczeniem prędkości „generell” jest już „limita generalia”. Praktycznie do samego Chur jest cały czas z górki, z tym że jazda w deszczu powoduje, że jest to dla nas kara, a nie przyjemność.
Szukamy miejsca do spania. Ze względu na stan techniczny naszego namiotu, próbujemy znaleźć jakikolwiek dach. Po drodze mnóstwo mostów przykuwa naszą uwagę, jednak teren górzysty powoduje, że pod tymi mostami nie jest równo i trochę mało miejsca. Przydrożne wioski przerodziły się w kompleksy burżujskich hoteli. Są tu też wille, a często obok nich stare stodoły. Wjeżdżamy w ślepą uliczkę, jakaś mieszkanka już nawet o nic nie pyta, tylko tłumaczy nam jak dojechać na Camping Platz. Już nawet nam się nie chce jej tłumaczyć, że nie o taki Camping Platz nam chodzi. Na innej ulicy znajdujemy prawie idealną szopę. W środku pusto i sucho, ale prawie robi robi różnicę, bo wrota są zamknięte na kłódkę. Na około pełno domków, więc obstawiamy kto może być właścicielem tego obiektu. Ducka z Arnim podbijają do pierwszej chatki – nikt nie otwiera. Potem do drugiej – ten sam efekt. W obu domach się świeci, ludzie tylko dyskretnie przez okno zaglądają i udają że nic nie widzą i nie słyszą. Ja się im nie dziwię, bo dzisiaj mamy prezencję meneli. Smutne miny, zziębnięci, cali mokrzy, poowijani w peleryny. Arni wygląda jakby przed chwilą wyszedł z laboratorium chemicznego, a czołówka na głowie nadaje mu charakter poszukiwacza skarbów, Ducka wygląda mi na krasnoludka, Wela przebrał się w jaskrawego Kenny McCormick'a, Wodnik przypomina tajemniczego czarodzieja, a ja pozuje na czerwonego kapturka. W tej chwili mamy okazję poczuć się jak prawdziwi bezdomni. Nie mamy gdzie się podziać, nikt nas nie chce. Zwiewamy z tej wiochy zanim ktoś życzliwy nas zakapuje. Niedaleko, po drugiej stronie głównej drogi decydujemy się zbadać teren. Znajdujemy dwie stodoły obok siebie. Z jednej stronie idealnie zakrywają nas od widoku na miasto. Spadzisty dach częściowo nas ochroni od deszczu. Jedynie strasznie pochyły teren nam trochę nie odpowiada. Szkoda, że i ta stodoła jest zamknięta, pomimo tego że w środku nic nie ma. Kłódka nowa - wygląda to tak, jakby ktoś ostrzegł miejscowych, że pojedzie tędy pielgrzymka polskich studentów. Za chwilę Arni odkrywa, że pod stodołą jest jeszcze chlew. O dziwo drzwi są otwarte. Świń tu już nie czuć. Widać tylko szczątki koryta. W tej chwili chlew robi za graciarnię dla jakiegoś Szwajcara. Można tu znaleźć rury, deski i inne charapucie. Na szukanie właściciela już za późno. Stwierdzamy, że jak będziemy się zachowywać jak świnie to nic nie podpadnie, a z tym to akurat nie mamy najmniejszego problemu:) Jak przyjdzie bauer, to powiemy, że każdy facet do świnia i jesteśmy u siebie w domu. Wela z Wodnikiem instalują się w jednym przedziale. W ciągu 10 minut budują swoje łoże z desek. W naszym apartamencie podłoże to jakiś muł. Strasznie się kurzy, dlatego rozkładamy częściowo namiot w środku. Przy okazji rozwieszamy mokre akcesoria na wieszakach, o które zadbał właściciel. Przygotowujemy sobie jeszcze jakąś paszę na kolację i idziemy spać.

 

Dystans Czas jazdy Prędkość średnia
49km 2h 58m 16,4km/h

 

Szef kuchni poleca...

Szef kuchni poleca...

 

Dworzec Andermatt. Pasta gaz.

Dworzec Andermatt. Pasta gaz.

 

Szwajcarskie stodoły

Szwajcarskie stodoły

 

Komentarze

Arni rules!

Paweł, napisałeś rewelacyjną relacje i po raz kolejny udowodniłeś światu, że marnujesz swoj talent pisarski:) A wyprawa wiadomo, zajebista.....w takie zimowe wieczory jest co wspominac. PZDR!

Dzieki

Przeczytalem calosc, bardzo inspirujace. Gratuluje ciekawej wyprawy :)

Gdzie można znaleźć streszczenie, bo klikam i klikam a wszędzie dużo tekstu...

fjsahfjhf

po ko lei:
JavaScript - http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js what's this ?
JavaScript - http://www.google-analytics.com/ga.js a tego chyba nie wykorzystujesz ?


Popraw błędy w nazwach własnych. Jezioro Bodeńskie.

Wyprawa

Ale wam zazdroszczę tej wyprawy. W zeszłym roku miałem plan objechać dookoła Alpy, włączając Alpy Szwajcarskie, niestety brak urlopu sprawił, że plany poszły do szuflady.
Relacja świetna, już dodałem stronę do ulubionych :)

pozdrawiam

Udało mi się przeczytać całość. Życzę kolejnych równie udanych wypraw jak ta. pozdrawiam