Home / Wyprawy / Szwajcaria 2009 / Szwajcaria 2009 - I ty zostaniesz czy lider.com

Szwajcaria 2009 - I ty zostaniesz czy lider.com

Co prawda w grafiku nie ma nic zaplanowane na godziny poranne, to lepiej się wcześniej stąd zmyć, bo z daleka widać już spacerowiczów. Ducka niczym się nie przejmuje – sen jest w końcu najważniejszy! Aby przyśpieszyć jego proces wstawania wyciągam pręty trzymające budę. Ta procedura pozwala koledze wstać w bardzo dobrym humorze.

Wjeżdżamy na ścieżkę. Na dzień dobry na drodze spotykamy bydło. Byki sobie po prostu beztrosko biegają po ulicy. Jazda między bykami zaliczyłbym do trochę stresującej. Droga do Chur bez większych rewelacji. W samym mieście wchodzimy na dworzec i tam ładujemy akumulatory do aparatów. Dworzec mniej więcej taki jak w Katowicach tylko, że ładniejszy i nie śmierdzi moczem, więc zwiedzać nie ma co. Chur to ponoć stolica języka retroromańskiego, jednak ani tego nie widać, ani tego nie słychać. Ten urzędowy język w Szwajcarii uznałbym jako gwarę na wymarciu. Na dworcu spędzamy godzinę, a następną w Coopie. Po zakupach przejeżdżamy przez większość uliczek w centrum i w ten sposób Chur zaliczamy do zaliczonych :)

Jest środek dnia. Dziś chcemy dojechać do Liechtenstein. Upał sprowadza nas nad rzekę. Po drodze zaopatrujemy się w napoje chłodzące w sklepie Denner. Wela z Arnim wybierają markę browaru, a ja przeglądam co ciekawego znajduję się w urnach obok kas. Jedna z nich to kontener na zużyte baterie i akumulatory. Wkładam rękę i wyciągam pierwszą z góry. Dzisiaj mam szczęście, bo trafiłem akurat na akumulator do mojej komórki. Po włożeniu do telefonu wykazuje stan naładowania 100%. Nad rzeką kolejny bonus zbiera, tym razem, Wela. Ktoś zostawił dla nas piwo w puszce skryte w piasku, żeby słońce za mocno go nie nagrzało. Temperatura Renu nie sprzyja długim sesjom w wodzie, dlatego większość czasu spędzamy na opalaniu się i budowie zamków z piasku. Po obiedzie wyruszamy w kierunku Landquart. Jedziemy po płaskim, a góry w tle zniknęły, więc nie ma co oglądać. Ekipa zostawiła mnie gdzieś z tyłu, ale nie mam zamiaru ich gonić. W ramach zabicia nudy postanawiam wreszcie nauczyć się Szwajcarskiego „cześć” metodą prób i błędów. Do każdego obywatela/ki mijającego mnie wymawiam „gryncig” i jego warianty pochodne, o ile mnie nie uprzedził/a i oceniam na ile banan na twarzy jest szczery od kpiącego jako sprzężenie zwrotne. Łatwo zauważyć, że Niemcy na na rowerach lansują tylko swoje „Alo” i na moje pseudo szwajcarskie cześć nie raczą odpowiadać. Niemca w Szwajcarii najprościej poznać po braku uśmiechu i po sakwach Ortlieb'a. Tak naprawdę to od naszych Crosso różnią się tylko kształtem odblasku z tyłu i oczywiście 4krotnie wyższą ceną.

W końcu spotykam Arniego i Duckę rozleniwionych na ławeczce. Wela i Wodnik ponoć są daleko z przodu. Zbliżamy się do Landquart, znowu pojawiły się góry na horyzoncie. Gdzieś przy drodze pasą się świnie, a kawałek dalej dwie następne - Wodnik i Wela leżą na asfalcie i żłopią piwo po kryjomu. Chłopcy załamali się informacjami na znakach z których wynika, że mamy do pokonania przewyższenie 800m na 30km. Nie zapowiada się ciekawie , na dodatek mamy problem ze zdobyciem wody. Od Chur nie ma żadnego sikacza. Psychicznie nastawieni na kolejny hardcore wyjeżdżamy na pierwsze wzniesienie. Faktycznie jest co kręcić. W wiosce Malans, w samym centrum, nareszcie wielka wanna z wodą. Oprócz sikacza jest tu też kilka domów, stodoła i protestancki kościół. Idę zobaczyć jak wygląda kościół wewnątrz. W środku szare mury i poza tym nie ma nic oprócz kilku ławek i.... wielkiej flagi Szwajcarii wywieszonej na ołtarzu. Szwajcarzy swoje barwy narodowe wcisną wszędzie. W prawie każdym markecie spożywczym, stacji benzynowej, straganie w mieście można kupić gadżety z białym krzyżem na czerwonym tle. Koszulki, kubki, czapki, balony, skarpetki, papucie, lacie, opaski na rękę, bidony... a nawet znicze!. Całkowicie bym się nie zdziwił, jakby leukocyty we krwi Szwajcara miały też kształt krzyża.

Tankujemy wszystkie flaszki do pełna. Od tej chwili za każdym zakrętem już jest sikacz, a my tachamy zbędne kilogramy. Widoki niesamowite, przejeżdżamy przez wioski Jenins, Maienfeld, a między nimi znajdują się wielkie plantacje winogron. Tu robimy przerwę. Okazuje się, że to już koniec jazdy pod górkę. Przewyższenia w tym regionie przeliczał pewnie student w ramach warunku – 800metrów na pewno to nie było. Faktycznie teraz już tylko w dół i po prostym. Od Flasch, aż do granicy z Liechtenstein obok Vaduz jedzie się po prostej, idealnej nawierzchni wzdłuż Renu. Na tym odcinku można już spotkać amatorów wszystkich rodzajów sportów – rolkarze, biegacze, spacerowicze z psami. Polecam wszystkim ten malowniczo położony odcinek trasy. Wjeżdżamy w końcu do Liechtenstein. Wela już się nie umie doczekać na ten moment. To kolejne państwo, które będzie mógł oznaczyć na facebook'u jako odwiedzone. Zaraz po przejechaniu przez drewniany most mijamy tabliczkę Vaduz. Zaraz za tabliczką rolnik obrabia pole. Zaraz za polem wygląda na to, że to już centrum – katedra, budynke rządowy, krótka alejka spacerowa i koniec miasta. Gdzieś na wzgórzu jeszcze widać zamek. Vaduz to stolica Liechtenstein. Według danych z Wikipedii zamieszkuje tutaj ~5000 ludzi - czyli porównywalnie np. z Ornontowicami. Wyobraźmy sobie stolicę państwa Ornontowice...

Dostajemy się na główną alejkę. W oczy rzucają się wielkie szyldy z napisem Coop, tłumy ludzi, a z głośników słychać disko-lichtensztajsko. Trafiliśmy na imprezę. Dzisiaj w stolicy odbywają się mistrzostwa kobiet w siatkówce plażowej. W samym centrum ustawione są trybuny i boisko. Coop jest głównym sponsorem imprezy. Tak po cichu sobie myślę, że może by mi jakąś nagrodę dali za kolekcję nalepek „gunstiger 50%” :) Wbijamy na trybuny, tak tylko na chwilę, bo się już ciemno robi. Za chwilę rozpoczyna się pierwszy mecz: Liechtenstein vs Słowenia. Zajmujemy jedyne wolne miejsca w zaszczytnym pierwszym rzędzie. Jako prawdziwi kibice dostajemy, każdy po dwie, dmuchane pały do bicia brawa. Zaczyna się mecz. Te emocje! W przerwie technicznej, na piasek wyskakuje 8 czirliderek. Co niektóre to prawdziwe „perełki” - chyba przed chwilą zwerbowano je na przystanku autobusowym. Poziom gry reprezentacji Liechtenstein niewiele odbiega od mojego. No może nie używają nóg do gry tak jak ja :) Słowenki bez najmniejszych problemów pokonują rywalki 3:0 w setach. Za chwilę kolejny mecz. Tym razem Niemcy vs Szwecja. W przerwie idziemy zobaczyć, czy służby porządkowe już sprzątnęły nasze pojazdy oparte o śmietnik. W międzyczasie z budynku obok wychodzą dwie panny, przebrane w hmmm... trudno to nazwać. Za pomysłowość nagradzamy je gromkim śmiechem. Za zniewagę dostaje nam się pałą z Coop'a i dodatkowo chcą nas jeszcze uciaprać plakatówkami.

One: Which team are you for?
My: Liechtenstein (Nie mówimy Poland, bo by miały za prosto do malowania)
One: OK, red, blue, and a lot of gold

Robotę mają ściśle podzieloną – jedna specjalizuje się w krawędziach, druga generuje wypełnienie. Malują, a przy tym 3 razy więcej gadają. Dowiadujemy się, że pochodzą z Belgii, a ze swoimi farbkami jeżdżą po Europie. One też dowiadują się jak to dobrze smakuje makaron na świeżym powietrzu. Normalnie kasują 3 Franki, ale dla nas jest za darmo. Jesteśmy darmowymi samplami. Mamy iść na mecz i robić reklamę. Wracamy na trybuny. Po porażce Liechtensteinu znaczna część widowni udała się do domu, ale impreza cały czas trwa. Tak do godziny 21.40. Wtedy nagle koniec. Momentalnie ludzie się rozchodzą i robi się cicho. Znowu najwięcej larma robimy my. Siadamy na ławeczce i czekamy, aż się na alejce rozrzedzi trochę. Wtedy zauważam w mojej nodze kleszcza gapowicza. Wsiadł najprawdopodobniej na przystanku z wysokiej trawy na plantacji winogron. Szybka operacja scyzorykiem by Wela i pół kleszcza wyciągnięte. Resztę zostawiam na jutro, bo przecież nie można się nudzić. Wyjeżdżamy za pierwszy zakręt i tam koło sikacza robimy sobie mały piknik. Wracamy do Szwajcarii, do miasta Buchs. Wela proponuje jeszcze knajpę. Jego pomysł nie spotyka się z żadną aprobatą. Kolejny pomysł Weli to jazda nocą do Rorschach. Też jakoś nie chwyta. My rozglądamy się za jakąś polanką w lesie. Kawałek za Buchs, niedaleko torów kolejowych rozbijamy się na łące i idziemy spać.

 

Dystans Czas jazdy Prędkość średnia
78km 4h 28m 17,4km/h

 

Dworzec w Chur.

Dworzec w Chur. Trzy prezesy oczekują na powolne ładowarki.

 

Chur

Gdzieś w centrum Chur

 

Bahama nad Renem

Bahama nad Renem

 

W drodze do Lichtensztajn

W drodze do Lichtensztajn

 

Winogorona

Winogorona

 

I zaś fotka na nk.

I zaś fotka na nk.

 

Siedziba rządu w Vaduż

Siedziba rządu w Vaduż

 

Katedra św. Floriana

Katedra św. Floriana

 

Odpoczynek.. A może by się tu wyspać...

 

Główna alejka spacerowa w Vaduż

Główna alejka spacerowa w Vaduż

 

Prawie jak kibic..

Prawie jak kibic..

 

Pomponiary

Pomponiary

 

To się nazywa patriotyzm

To się nazywa patriotyzm

 

Tylko 3 gwiazdki

Tylko 3 gwiazdki

 

Komentarze

Arni rules!

Paweł, napisałeś rewelacyjną relacje i po raz kolejny udowodniłeś światu, że marnujesz swoj talent pisarski:) A wyprawa wiadomo, zajebista.....w takie zimowe wieczory jest co wspominac. PZDR!

Dzieki

Przeczytalem calosc, bardzo inspirujace. Gratuluje ciekawej wyprawy :)

Gdzie można znaleźć streszczenie, bo klikam i klikam a wszędzie dużo tekstu...

fjsahfjhf

po ko lei:
JavaScript - http://pagead2.googlesyndication.com/pagead/show_ads.js what's this ?
JavaScript - http://www.google-analytics.com/ga.js a tego chyba nie wykorzystujesz ?


Popraw błędy w nazwach własnych. Jezioro Bodeńskie.

Wyprawa

Ale wam zazdroszczę tej wyprawy. W zeszłym roku miałem plan objechać dookoła Alpy, włączając Alpy Szwajcarskie, niestety brak urlopu sprawił, że plany poszły do szuflady.
Relacja świetna, już dodałem stronę do ulubionych :)

pozdrawiam

Udało mi się przeczytać całość. Życzę kolejnych równie udanych wypraw jak ta. pozdrawiam