Szwajcaria 2009 - Furkapass
Spis artykułów
- Szwajcaria 2009
- Fahren nach Schweiz
- Z czterech na dwa
- Szwajcarska gościnność
- Każdy ma swój Sosnowiec
- muuuuuuu iha iha iha iha pfrfrfr
- MeeeeBeeee.... agroturystyki ciąg dalszy
- Hardcory 2009 czas zacząć
- Grimselpass
- Furkapass
- Pasta gaz, Where buy, How cost
- „AAAA, ALOOO!, HALOOO!, ALOOOOOO!”
- Precz z komerchą!
- I ty zostaniesz czy lider.com
- Byle do Rorschach
- Limit pogodowy wyczerpany
Dzisiaj budzi nas... namiot. Ulewa i silny wiatr narywa naszą budą na wszystkie boki. Zakaz opuszczania namiotu, bo odfrunie! Na zewnątrz trzęsie się nasze śniadanie – galaretka, ale na razie jest dla nas „poza zasięgiem”. Dzisiaj Ducka ma swój dzień, żeby się wyspać. Chwilowo się trochę uspokoiło, więc idę zobaczyć jak wyglądają sprawy na zewnątrz. Widać tylko galaretkę i... mleko wokoło. Po „obfitym” śniadaniu kontynuujemy wegetację w śpiworach. Leje i leje, aż w końcu nam się namiot rozpłakał. W okolicach okienek systematycznie i symetrycznie bo obu stronach opadają krople wody. Nie ma tego za dużo, ale do obiadu w garnku będzie już wystarczająco dużo wody na chińską zupkę. Jak na namiot za 50zł to i tak dużo wytrzymał. Z drugiej strony, okresowe wycieranie mokrych miejsc częściowo pozwala nam zabić nudę. W namiocie gnijemy do godziny 13. Na zewnątrz się trochę rozchmurzyło, więc korzystając z okazji szybko się stąd zmywamy. Przy okazji sprawdzamy wodoszczelność sakw Crosso. W jednej sucho, a w drugiej wszystko pływało, ale z mojej winy, bo źle zamknąłem. Zjeżdżamy do wiochy Gletsch (1757mnpm) z nadzieją, że będzie tam jakiś sklep otwarty. Niestety Gletsch to dziura zabita dechami. Jest tu jedno skrzyżowanie. Na rogu jest biuro informacji turystycznej, a z drugiej strony hotel. W informacji pytamy się o sklepy spożywcze w pobliżu. Okazuje się, że najbliższy jest w Oberwald.. Nie ma sensu zjeżdżać kilku kilometrów w dół, żeby „pocałować klamkę” i tak na 90% zamkniętego sklepu. W końcu Wela przyznał się, że w swoich zapasach ma jeszcze 2 woreczki kaszy gryczanej i może nam je ofiarować za dozgonną wdzięczność. W pobliskim hotelu kupujemy jakieś najtańsze czekolady, które i tak okazują się najdroższe jakie kiedykolwiek jadłem. Przy okazji Arni pyta sprzedawcę czy nie zostały jakieś ściepy z obiadów dla głodnych z Polski. Niestety Pan udaje że nie rozumie ;) Wyruszamy na Furkapass (2431m). Jedzie się w miarę dobrze. Po drodze zahaczamy o gospodarstwo. Kupujemy prawdziwy ser z prawdziwego alpejskiego mleka. Wodnik jeszcze chce kupić mleko. Mimo że obok pracownicy doją krowy to sprzedawca mówi, że mleka nie ma i nie będzie.
Z daleka widzimy jakiś domek i tam planujemy postój na obiad. Wspinamy się ponad chmury i... pojawiło się słońce! Zatrzymujemy się i delektujemy się smakiem kaszy gryczanej. Co z tego, że jest twarda i dżużdży między zębami. Smakuje jak nigdy. (Dzięki Wela). Przejeżdżający motocykliści gapią się na nas jak na dzieci 3-go świata. Niech się lepiej popatrzą na siebie – w swoich pelerynkach wyglądają jak ufoludki z kaczej dupki! Jedziemy dalej. Jesteśmy już blisko szczytu, Z niektórych aut słychać oklaski. Na przełęczy obowiązkowe foto przy i na znaku, który widać, że już sporo przeżył. Obklejony z każdej strony naklejkami różnej maści. O dziwo nie znalazłem ani jednej naklejki polskiego klubu piłki nożnej. Po drugiej stronie widać kolejną wiochę do której zmierzamy – Andermatt (1447m). Niestety, znowu wjeżdżamy pod deszczowe chmury. Dojeżdżamy do Andermatt. Nic tu nie ma, oprócz mnóstwa burżujskich hoteli. Wyjeżdżamy z centrum i rozglądamy się za noclegiem. Marzy nam się jakieś przydaszenie. Przy drodze często mijamy pootwierane stodoły w których pracują maszyny, ale w środku nie ma nikogo, żeby się zapytać. W taką pogodę to już jest lipa na maxa. Odechciewa się wszystkiego. W końcu rozbijamy nasze namioty za skarpą, która nas ładnie zasłania z widoku. Dzisiaj na kolację mamy po 2 łyki chińskiej zupki i po plastrze sera.
| Dystans | Czas jazdy | Prędkość średnia |
| 46km |
Arni rules!
Poniedziałek 11 Styczeń 2010 8:47:12 pm
duckas