Szwajcaria 2009 - „AAAA, ALOOO!, HALOOO!, ALOOOOOO!”
Spis artykułów
- Szwajcaria 2009
- Fahren nach Schweiz
- Z czterech na dwa
- Szwajcarska gościnność
- Każdy ma swój Sosnowiec
- muuuuuuu iha iha iha iha pfrfrfr
- MeeeeBeeee.... agroturystyki ciąg dalszy
- Hardcory 2009 czas zacząć
- Grimselpass
- Furkapass
- Pasta gaz, Where buy, How cost
- „AAAA, ALOOO!, HALOOO!, ALOOOOOO!”
- Precz z komerchą!
- I ty zostaniesz czy lider.com
- Byle do Rorschach
- Limit pogodowy wyczerpany
Tak mi się coś zdaje, że słyszałem jakiś ryk w nocy. Okazuje się, że jednak mi się nie zdawało. Ducka miał dzisiaj koszmary w nocy i na dodatek zaangażował do tego Arniego. Główny bohater nie pamięta co się w nocy działo i ze szczególnym zainteresowaniem słucha porannej relacji Arniego. Wyglądało to mniej więcej tak:
„Około 3 w nocy budzę się, przez namiot, który łazi na wszystkie strony. W pierwszym momencie próbuję się zlokalizować na tym świecie. Zaraz do mnie dochodzi, że pewnie bauer przyszedł i chce się dostać do środka naszego namiotu. Wyciągam stopery z uszu, bo słychać, że Ducka już coś gada z gościem. A tu jednak nie, nikt nie gada, tylko Ducka ryczy na pełną gębę „AAAA, ALOOO!, HALOOO!, ALOOOOOO!”, a przy tym szarpie namiotem i wierci się.
Ja: Ducka, Tu nikogo nie ma!
Ducka: „Acha”
I poszedł spać. Ja, żeby być w 100% pewny, że nie okłamałem Ducki włączyłem nasłuch przez 15 minut, analizując każdy świst i szmer. Nikogo nie było, to poszedłem spać”
Dla Arniego była to kolejna chwila grozy na tym wyjeździe. Arni, aby nie budzić się w nocy z powodu różnych szmerów i chrapania współlokatorów, zainwestował w stopery. Jak widać nie jest to rozwiązanie idealne. Po tej historyjce idę umyć uszy, bo skoro nie słyszałem tego całego larma, to znaczy, że jest prawdopodobieństwo, że zrobiły mi się w uszach naturalne stopery woskowinowe :)
Poranna historyjka wraz słońcem wprowadza nas w dobry humor. Zbieramy się stąd i jedziemy szukać miejsca na śniadanie i suszenie ekwipunku. Po drodze podziwiamy wszystkie przydrożne stodoły. Nasuwa się prosty wniosek. Szwajcarzy są bogaci, bo oszczędzają na projektach. Wszystkie stodoły są niemal identyczne, tylko stoją pod różnym kątem. Dzisiaj świeci słońce to od razu więcej widać. Zauważamy, że po przejechaniu przełęczy Oberalppass zrobił się mniejszy porządek, ale pojawiło się więcej kościołów o zróżnicowanej architekturze. Przeważnie są to kościoły reformowane. Ogólnie to widać, że jest większa bieda... albo, żeby to lepiej ująć: jest mniej bogato. Odpoczynek po niedługim dystansie robimy na obiekcie sportowym. Nikogo tu nie ma, możemy się gonić po boiskach. Śniadanie, laba kilkugodzinna, obiad.
Wszystko wysuszone. Leniwie wyruszamy dalej. Ścieżka rowerowa, po której teraz jedziemy przypomina te w Polsce, dlatego decydujemy się jechać główną drogą. Trochę nudnawo jest. Po drodze wchodzimy na zakupy do Aldi Suisse, żeby zobaczyć jak funkcjonuje konkurencja Coop'a. Wodnik po raz kolejny oszalał. Gdyby nie ograniczenia sakw, to chyba wyniósłby cały sklep. Najwyraźniej tempo mamy za słabe i Wodnik, żeby nie zasnąć na rowerze, będzie przygryzać sobie oliwki ze szklanego słoika co 50 metrów. Może to trochę nieładnie zaglądać komuś do sakwy, ale nie mogłem się powstrzymać, żeby zobaczyć czym będzie z nami konkurował podczas dzisiejszej kolacji. Wodnik zaopatrzył się m.in. w salami oraz 2 flaszki wina. Tak właściwie to chyba jego pierwsze zakupy w Szwajcarii. Nasze zakupy można zaliczyć do udanych, jeśli dostaniemy produkt z naklejką „Gunstiger 50%” Tutaj takich nie mają, ale za to kupujemy ciastka z naklejką „1/2 preis”. Naklejkę przeklejam do kolekcji na mój rower, a ciastko... hmmm, nawet za darmo nie powinni tego sprzedawać. Następna wioska do której wpadamy to Ilanz. Poza darmowym klopem, to nie ma tu nic wartego uwagi.
Zaczęło się znowu pod górkę, co niektórzy marudzą już, żeby zakończyć na dzisiaj. Przyglądamy się przydrożnym stodołom. Wszystkie pozamykane.
Mijamy kolejne wiochy. W Valendas mamy okazję zobaczyć bardzo „elegancki” budynek, dokładnie w centrum, na jedynym zakręcie. Bardzo ładna wizytówka miasta. Nie jesteśmy pewni czy to jeszcze Szwajcaria. Brud coraz większy, ale za to krajobraz się poprawia. Wyłaniają się góry, przypominają nieco polskie Pieniny. W końcu docieramy do wioski o nazwie Carrera. Super położenie, dwa domy na krzyż, sikacz w centrum... no i znak Camping Platz 50m :) Mimo to podbijamy do bauera i Ducka standardowo zagaduje: My z Polski tretetete... Gościu niestety nie jest właścicielem upatrzonej przez nas działeczki, mówi nam do kogo możemy się zwrócić, ale dodatkowo jeszcze poleca nam jedno ciekawe miejsce obok ścieżki spacerowej gdzie możemy się rozbić. Jak to sam określił „Romantishe Platz”. Sprawdzamy... i faktycznie miejscówka idealna. Ławeczka, miejsce na ognisko, przygotowane drzewo, miejsce na 2 namioty, przepaść i super widok na jakieś miasteczko w górach. Całość zasłonięta od cywilizacji lasem. Widok już nie jest taki piękny jak podejdzie się bliżej skraju. Przepaść służy mieszkańcom Carrery jako ogólnodostępny kompostownik. Po kilku minutach na to miejsce przyjeżdża gość, który nam to miejsce pokazał. Mimo, że miał ze 100m do pokonania, zziajał się. Przeprasza nas, ale zapomniał, że przecież w jego wiosce jest Camping Platz. Zapewnia nas, że są bardzo niskie ceny. My również zapewniamy, że nie mamy na to pieniędzy, a to miejsce jest dla nas „zupa”.
Sympatyczny Carrierowicz cieszy się, że tak dobrze nam doradził i wraca do swoich zajęć. My rozkładamy namioty i przygotowujemy makaron. Zrobiło się już ciemno. Słyszymy nadjeżdżający w naszym kierunku traktor. Bauer przyjechał zrzucić świeży towar w przepaść. Za bardzo nie dziwi go tutaj nasza obecność. Prosi tylko o przesunięcie namiotu, żeby mógł wjechać w miejsce rozładunku. My zajmujemy się konsumowaniem kolacji i idziemy spać.
| Dystans | Czas jazdy | Prędkość średnia |
| 36km | 2h 8m | 16,8km/h |
Arni rules!
Poniedziałek 11 Styczeń 2010 8:47:12 pm
duckas